Prawo i Sprawiedliwość cechuje wyjątkowa zdolność do autodestrukcji. Każdy spór, próba rozliczenia, dyskusja zamiast konstruktywnych wniosków przynoszą rozłam.

Kilka kadencji temu wydawało się, że Jarosław Kaczyński dokonał niemożliwego – zjednoczył większość środowisk konserwatywnych. Na jednym froncie politycznym działali Marek Jurek i Radosław Sikorski, Marek Suski i Kazimierz Michał Ujazdowski, Ludwik Dorn i Joanna Kluzik-Rostkowska, Paweł Kowal i Kazimierz Marcinkiewicz. Niewiele brakowało, aby z list PiS startował nawet Stefan Niesiołowski!

Miraż wielonurtowej partii nie trwał jednak długo. Jarosław Kaczyński nie tylko porządkował partię w myśl zasady „dziel i rządź”, ale faworyzował własne środowisko – Porozumienie Centrum. Nie był w stanie utrzymać równowagi między konkurującymi frakcjami. Zamiast ratowania jedności marginalizował je. W rezultacie odrzuceni politycy odchodzili sami albo byli wyrzucani.

Dziś obserwujemy kolejny rozdział tej samej historii. Po porażce wyborczej z partią może pożegnać się Zbigniew Ziobro i jego śrowisko, ponieważ domaga się rozliczeń.

To nie skończyć się dobrze. Partia, która odcina kolejne segmenty elektoratu lub dzieli się, nigdy nie zwycięży. Zamiast odbudowy szerokiej partii konserwatywnej grupującej wiele środowisk PiS powraca do statusu Porozumienia Centrum. Nasuwa się pytanie: czy czekamy na drugi konwent św. Katarzyny?